poniedziałek, 24 marca 2014

Godzinna obserwacja

Cześć!
Dzisiaj zaczynają mi się rekolekcję, na które dzisiaj pójść niestety nie mogłam więc musiałam sobie jakoś zagospodarować czas! 
Dzisiaj wreszcie udało mi się wyjść na obserwacje w plener! Pogoda i samopoczucie zachęcały jak nigdy dotąd, więc obudziłam się już o 7:30. Nie miałam takiego zamiaru, ale wschodzące słońce tak miło zaświeciło w twarz, że aż się obudziłam. Wstałam ubrałam się i zeszłam na dół by coś przekąsić. Prędko zjadłam kanapkę, założyłam bluzę oraz kamizelkę, po czym wyszłam z domu.
Punkt 9:00 znalazłam się na podwórku. Wybrałam chyba dobry moment, bo słońce nie oświetliło jeszcze całego podwórka, dzięki czemu powietrze było rześkie  i świeże. Najpierw postanowiłam obejść całe podwórko. Była to z pewnością ptasia godzina, bo ktoś siedział w krzakach, ktoś krążył podniebnymi ścieżkami, a grupa innych "ktosiów" buszowała na drzewie. Jedyne co wiedziałam to to, że w krzakach siedziała czerwona plamka. Co to takiego? Podchodziłam wolno i bezszelestnie po czym stwierdziłam: rudzik! Wesoła czerwona plamka zaczęła śpiewać. Kto latał? Nie jestem pewna ale po sylwetce rozpoznałam wronę. Gdy rudzik odleciał ruszyłam w inną stronę. Schowałam się za żywopłotem i obserwowałam "Ptasi Sad" (jak nazwałam cudownie kwitnące miejsce, gdzie ptaki uwielbiają śpiewać). Oprócz kilku sikorek bogatek nie zobaczyłam zbyt wiele. Poszłam jednak do dawnego "miejsca sójek" Ale sójek - ani śladu. Przykucnęłam na omszałym drewienku pod jabłonią i zapisując rudzika w notesie obserwacji lustrowałam wzrokiem zarośla. Zobaczyłam pewnego ptaka, który niestety stał pod słońce i z żadnej strony nie szło go oznaczyć. Patrzyłam na niego przez długi, długi czas zastanawiając się, kto to taki, kiedy on w końcu odleciał. Westchnęłam z żalem i postanowiłam pójść jeszcze na dawniej nazwaną "Łąkę Motyli". Wydawało mi się, że na motyle jeszcze za wcześnie więc przyglądałam się lasu, gdzie mnóstwo ptaków wyśpiewywało swe melodyjki. Przykucnęłam na trawie, ale to w dalszym ciągu nic nie dało. Poszłam więc do lasu, gdzie trudniej było zachować ciszę, bo byle złamana gałąź płoszyła wszystkich dookoła. Widziałam sikorkę, sójkę i... gniazdo. Było ono duże, na bardzo wysokim drzewie, ale znalazłam pewne miejsce, skąd widać je było doskonale. Ale właściciela gniazda - nie spotkałam. Po pójściu w drugą stronę lasu oprócz kolejnej bogatki i dwóch sójek znalazłam tylko cudne, polne kwiaty. Nie wiem jak się nazywają, ale są na tyle cudowne, że zerwałam kilka z łąki (była ich tam cała masa). Później postanowiłam iść ścieżką bezpośrednio prowadzącą do domu, bo jakiś pan piłą łańcuchową zagłuszał piękną ciszę lasu. Kiedy zjawiłam się na podwórku, pomyślałam, że nici z dalszych obserwacji, ale nim weszłam do domu zobaczyłam jeszcze  jednego rudzika.

Nie miałam pojęcia, że obserwacja zajęła mi równą godzinę. Bardzo się z tego powodu cieszę :)
Jest jednak pewien minus - Aparat nadal zepsuty. Bardzo chciałabym uwiecznić tą obserwacje.


Pozdrawiam, życzę miłych dni,
Wiktoria.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz